Anty-system edukacji, czyli bardzo długi rozbieg w dorosłe życie.

Od kilku dni, w przerwach pomiędzy meczami i doniesieniami o szczycie NATO i światowych Dniach Młodzieży trwa dyskusja o ogłoszonej właśnie reformie szkolnictwa. Zaczynamy kolejną rewolucję edukacyjną, nie do końca wiedząc, o co walczy tak mocno Minister Edukacji. Można zastanawiać się nad brakiem podstaw programowych do poszczególnych typów szkół, podziwiać umiejętność przewidywania, która pozwala na ustalenie, jakie zawody będą potrzebne naszej gospodarce za pięć czy dziesięć lat czy też zastanawiać się jak będą przebiegały konkursy na nowych dyrektorów szkół. Można. Mnie jednak zastanawia chęć hodowania głupich, coraz głupszych ludzi.

Kilka miesięcy temu przetoczyła się przez media i domy dyskusja o sześciolatkach. W wyniku tej „dobrej zmiany” kilkadziesiąt tysięcy uczniów będzie powtarzało pierwszą klasę. Taką decyzję podjęli zagubieni rodzice, wierząc, że wpierają tym samym rozwój emocjonalny swoich synów i córek. Kolejni rodzice podjęli decyzję, że ich sześcioletnie pociechy pójdą do zerówki a nie do szkoły. A teraz kolejny news: MEN ogłasza, że w ramach reformy nauczanie wczesnoszkolne (prowadzone przez jednego nauczyciela) zostaje przedłużone do czterech lat. Co zatem się będzie działo i jakie to ma konsekwencje?
Polskie dzieci będą zaczynały znowu naukę w wieku siedmiu lat, a potem przez cztery lata będą uczone przez jednego nauczyciela. Ktoś powie, że super, że będą otoczone opieką jednej osoby, że będą się lepiej rozwijać emocjonalnie, bo będą się czuły bezpiecznie. Serio? Bo moim zdaniem marnujemy zasoby intelektualne Polaków. W pierwszych latach życia nasz umysł jest najbardziej chłonny, uczymy się najszybciej, a na dodatek trwale. Wystarczy spojrzeć na rozwój języka i porównać jak mówi trzylatek, a jak sześciolatek. Polski rząd postanowił spowolnić rozwój dzieci. Zaczynają później naukę, będą dłużej pod opieką jednej nauczycielki. Pojawia się też kolejny pomysł, czyli skrócenie o kilka dni roku szkolnego, które proponuje MEN. A jednocześnie słyszymy hasła o stawianiu na innowacyjność. Serio? Jak mają tworzyć innowacje ludzie, którzy będą się uczyć wolniej i wolniej. W czasie kiedy ich rówieśnicy z Niemiec lub Hiszpanii będą poznawać intensywnie świat na różne sposoby, nasze dzieci będą powolutku i w spokoju poznawały literkę po literce. Czy faktycznie o to chodzi w edukacji? Zastanówmy się jacy będą młodzi Polacy za 12 lat? Innowacyjni, odważni i kreatywni? Niestety obawiam się, że będą zachowawczy, wtórni i asekuranccy. Szkoda straconej szansy. Oczywiście, rozpoczęta 15 lat temu przez ministra Handke reforma nie była idealna, wymagała wielu napraw, udoskonalania. Polska edukacja ciągle tkwi w XIX wieku. Podział na anachroniczne 45 minutowe lekcje, sztywny podział na przedmioty, uczenie przez odpowiadanie na pytania, zamiast sztuki stawiania pytań. To wszystko ciągle wymagało pracy, pracy którą właśnie zarzucono.
Zapewne znajdą się rodzice, którzy będą inwestować w edukację swoich dzieci. Będą szukali szkół niepublicznych czy możliwości nauki zagranicą. Ale to będą nieliczni. Większość będzie uzależniona od powszechnego systemu edukacji, w którym aż pięć lat zajmie nauczanie wczesnoszkolne (wliczając w to zerówkę). Pięć lat, które będą nie do nadrobienia.
Trwa ładowanie komentarzy...